„…Ojcze chciałeś mnie widzieć. Nataniel wszedł
do gabinetu ojca i stanął przed wielkim dębowym stole przy którym zasiadała
cała elita „stowarzyszenia”. Nie nazywali siebie mafią, wierzyli że są kimś
wyjątkowym, kimś kto wybił się ponad przestępczy półświatek. Ktoś kto nie miał
z nimi styczności, po krótkiej obserwacji mógł dojść do wniosku że są
niegroźnymi staruszkami lansującymi się na „Ojca Chrzestnego”. Niestety prawda
nie była tak kolorowa. W rzeczywistości tych sześciu podstarzałych facetów
rządziło całym Nowym Orleanem.
W gabinecie zapanowała cisza. Przerwał ją
ochrypły głos Diego. Tak. Usiądź. Musimy porozmawiać. Nataniel nie czuł
strachu, może dlatego, że wiedział po co został wezwany a może dlatego, że był
przyzwyczajony do omawiania spraw rodzinnych na forum publicznym, chociaż
najbardziej prawdopodobne w tej sytuacji było to, że to on wzbudza większy
strach w zebranych niż oni w nim. Wyglądał jak grecki bóg, wysoki, umięśniony o
idealnych rysach odziedziczonych po matce oraz kruczoczarnych włosach i ciemnej
cerze które zawdzięczał swoim sycylijskim przodkom. Jednak wszyscy znali
jego prawdziwe oblicze, z tej anielskiej twarzy wyzierały oczy diabła.
Nataniel stał wyprostowany, co było pierwsza
oznaką tego, że nie zgadza się na to co ma mu do zakomunikowani jego ojciec.
Jako najstarszy syn spośród siedmiorga dzieci Dona wiedział czego się od niego
oczekuję i godził się na to, ale sądził że nie przyszedł na to właściwy czas,
przynajmniej nie na wszystkie aspekty owej „sprawy”. Szanował swego ojca i
nigdy dotąd nie warzył się mu sprzeciwić. Wiedział, że i tak nie wygra ale jaki
sens miała by przegrana bez walki. Stał niewzruszony czekając na rozkazy ojca.
Tak były to rozkazy, Diego Cassatello nikogo o nic nie prosił, nie wydawał poleceń,
po prostu komunikował to co było już przesądzone.
Synu – rzekł Don Diego – jestem pewien, że
wiesz po co Cię wezwałem. Nataniel milczał. Zdajesz sobie sprawę, że przyszedł
już czas, żebyś przejął przywództwo w naszej społeczności. Oczywiście, wiesz co
się z tym wiąże. Nataniel wiedział i właśnie to budziło w nim taki opór. Nie
chodziło tu oczywiście o władzę bo ją akurat kochał, ani o prowadzenie interesu
bo był w tym świetny, ani o wymierzanie tak zwanej sprawiedliwości która
sprawiała mu największą przyjemność. Urodzony przywódcą, pozbawiony
uczuć, nie bał się nikogo i niczego, był bezlitosny dla każdego kto nie
postępował według jego zamysłu. Ale wiedział również, że aby dostać to wszystko
musi się ożenić i mieć syna. Tak, właśnie przed tym bronił się Nataniel. Nie
chciał mieć rodziny, nie chciał być odpowiedzialny za kogoś innego niż on sam,
kochał wolność, swoje życie, brak zobowiązań, lecz najbardziej odrzucało go w
całym tym przedsięwzięciu to, że zostaje mu to narzucone. Był złym człowiekiem,
mordercą bez skrupułów i taki właśnie chciał pozostać. Don Diego wiedział o
czym myśli Nataniel, widział to w jego oczach, ale wiedział też, że w
ostateczności i tak mu się nie sprzeciwi. Był przekonany jednak że nie obejdzie
się bez komplikacji. I nie pomylił się…”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz